..

RSS
piątek, 18 kwietnia 2014

Ciąg dalszy powrotu sił. Nawet udało mi się kilkadziesiąt kroków na zewnątrz zrobić, korzystając ze świetnej pogody. W odwiedziny do Taty jednak jutro jadą żona z córką. Ja jeszcze na tylw mocny się nie czuję.

Dzień zszedł mi na grzebaniu za supertanimi książkami na Allegro. Za 2 - 3 zł można kupić perełki w bardzo dobrym stanie, także z niewielkim kosztem przesyłki. W efekcie za 4 - 6 zł można już coś naprawdę fajnego. To moje nowe hobby, oczywiście większość pozycji trafiają na listę zakupów, a jak coś jest superfajnego, to od ręki kupuję. To moje hobby mnie pochłania a czas leci jak z bata strzelił.

Sporo życzeń, w tym zaskakujących. Jutro wpadną też na moment koledzy radni. Miłe, choć jeszcze też do takich wizyt "pałera" nie mam.

O ile generalnie jest lepiej, to sypie się buzia po chemii. Coraz więcej potraw szczypie,miałem też problemy aby pogryźć pieczyste, które żona dala mi na spróbunek. Za to  galareta od teściowej - mniaaam, paluszki lizać i bez problemów weszła.

Krótki melduneczek dziś jedynie, ale już wskakuję do łóżka, bo mało dziś leżałem, choć pewnie to i dobrze. Poczytam sobie troszkę jeszcze - Rollinsa "Amazonia" dziś na rozkładzie. Pasjonująca lektura!

23:33, bohdankaras
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 kwietnia 2014

No nie pospałem dziś w nocy wcale niemal, a to dlatego, że znalazłem w programie nową wersję "Westerplatte", której nie widziałem, a wyemitowana ja ok. 3.15 rano. Potem więc jedynie mała drzemka i już wstałem po 7. Ale to świadczy, że z siłami dramatu już mnie ma - pomału podnoszę się z łóżka... Dziś pójdę wcześniej, choć teraz arcyciekawy mecz ligowy siatkówki jest Resovia - ZAKSA.

W dzień z silami też nie było najgorzej. Odczuwać już pomału jednak zaczynam ten brak snu. "Szczypawki" się nie aktywizują - trochę przy jedzeniu odczuwam dyskomfort. Dziś zona na obiad zrobiła młodej kapusty z boczkiem i kiełbasą - dość pożywne to było. Sporo jem koziego sera, który w coraz większym asortymencie pojawia się w sklepach, a ja go uwielbiam.

Jutro już może lekki krótki spacerek wznowię po działce. Czas ruszyć się, ale ocenimy najpierw siły na zamiary. Trochę jednak na wadze spadłem i zostałem bez ... spodni. Stąd moje dziewczyny musiały dokonać zakupów "zaocznie". Za drugim razem się udało. Ale w ogóle chodzić nie mam w czym, poza zimowym niewielkim zestawem.

Z książek dotarła tylko kurierem "Rzeka ciemności" Levy'ego - ciąg dalszy historii konkwisty. To kolejny temat, po II Wojnie, który mnie rajcuje. Ale na razie nie rozpoczynam lektury, podokańczam inne rozpoczęte. Kupiłem też twardy dysk, aby zgrać zdane z pełnego komputera, jednak nie wiem czemu nie zadziałał i bez wizyty "złotej rączki" się jutro nie obejdzie, mimo okresu przedświątecznego. Mówię przez tę jamę ustną dość słabo, na szczęście jednak zawsze potem się ona regeneruje. Wyjście z domu natomiast na Święta ciągle jeszcze pozostaje w sferze marzeń....

21:02, bohdankaras
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 kwietnia 2014

Przed Świętami ruch na blogu trochę mniejszy, co nie znaczy, że mały. Ale przecież każdy ma masę zajęć - u mnie wszystkie spadły siłą rzeczy na żonę i córkę. Czy jednak wyjdę z domu w Wielkanoc? Na razie to mocno wątpliwe, jednak nadziei nie tracę...

Dość groteskowo wyglądają u nas kulinarne przygotowania do Świąt. Każdy stawia na co innego - córka od dłuższego czasu żywi się "fit", więc dieta musi być specyficzna siłą rzeczy. Ja jem mało, ale wiele rzeczy ciągle jest nie dla mnie. No i pośrodku małżonka, która musi to wszystko pogodzić i sama też przecież czasem lubi coś ciekawego przekąsić...

Z porządkami daje sobie radę, ale robi to metodycznie, powoli. Ostatnio robiła większe porządki pod moją nieobecność, więc aż takiego nawału nie ma...

Zdrowie - siły powoli, ale systematycznie wracają po ostatniej chemii, ale niestety i "szczypawki" jamie ustnej też. Generalnie jednak słabizna jeszcze jest, ważne, że mniejsza jednak, z tą drugą dolegliwością nauczyłem sobie radzić.Ale apetytu zbyt wielkiego to nie mam... Oczywiście małżonkowego śledzika zamówiłem w śmietanie, a jakżeby inaczej... Choćby nie wiem jak szczypało to zjem i już!

Na  święta w TV lipa, jak pisałem, więc na Allegro parę ciekawych, tanich pozycji książkowych wyszperałem. Nie wiem jedynie czy zdołają dojść, ale i tak na rozkładzie mam 9 pozycji teraz rozpoczętych, choć dziś np. zaległości w tygodnikach, w tym sportowych, po słabiźnie odrabiałem. Dominuje oczywiście literatura faktu z II wojny, choć też sprezentowaną "Wszyscy ludzie prezydenta" chłonę i rozczarowujący "Futbol obnażony" kończę. Pisząc te słowa śledzę natomiast Puchar Hiszpanii Real - Barca.

No i pospać więcej muszę, bo śnię i zasypiam bez problemów, ale coś koło 5 rano się budzę, a jeszcze niedawno 24 godziny na dobę mogłem kimać. Czekam też na ocieplenie i może jakieś spacery wreszcie... Notki oczywiście będą niemal codziennie, choć w Święta tradycyjnie o nieco mniej emocjonalnie treści...

22:16, bohdankaras
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 kwietnia 2014

Dzień podobny do wczorajszego, poza tym może, że po południu jakby odrobinę poprawiły się siły. Tzn. trudno to jednoznacznie stwierdzić może, ale takie odnoszę wrażenie. Trochę za to szczypanie w jamie ustnej lekkie wraca, ale na razie nie na poziomie jakimś mocno dokuczającym.

Sporo telefonów, ale musiałem przepraszać, bo nie byłem w stanie rozmawiać. Ale wszyscy to rozumieją...

Poza tym leżenie, TV, głównie sport. Na święta program żona kupiła - katastrofa. Media nie dbają o widza, chyba licząc, że on w taki czas to tylko konsumować może, nie zaś cieszyć oko patrzeniem w TV.

Poza tym stan nie jest zły. Dziś okazało się także, że ciśnienie jest zmienne na zewnątrz, to też mogło i może mieć wpływ na słabszą formę. Pozwolicie więc, że ponownie szersze pisanie odpuszczę, na to jeszcze przyjdzie czas... :) A teraz muszę ładować akumulatory.

22:28, bohdankaras
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Uffff, to była prawdziwa wyprawa! Poranny wyjazd do ZUS o mało nie skończył się klapą, bo po wyjściu z samochodu bliski byłem zasłabnięcia, a tam trzeba było doczłapać do biur. Ale nadludzką siłą woli udało się trafić na miejsce, nawet długo to nie trwało, a ostatecznie lekarz stwierdził dwuletnią niezdolność do pracy.

Teraz musimy zastanowić, co dalej. Wyboru nie ma, jednak poukładać to trzeba wszystko. Po powrocie w domowe pielesze pozostało już tylko łóżko. Podejrzewam, że tak zastrzyk na szpik działa, bo po poprzednich wyjściach też tak było, choć w skali mniejszej (ale to już 4 chemia przecież). A i koledzy się żalili, że po tych zastrzykach zanim się poprawi, to się pogorszy.

Nie uwierzycie, ale nawet siły przytrzymać gazety czy książki nie mam. Z drugiej jednak strony samo samopoczucie nie jest jakieś tragiczne. Tylko ta słabość. Ponadto piszę notkę po raz drugi, bo nie zapisałem treści i jakiś błąd pierwszą wersję usunął.

Śmiejemy się, że żona ma w domu niemowlę, taki bezradny jestem. Jem nadal nieźle. O dziwo po chemii szczypawki – jak na razie do jamy ustnej nie wróciły - więc łatwiej jest jeść. Czekolady nawet trochę skonsumowałem, gdyż hemoglobina była niska na ostatnich wynikach.

Mentalnie mimo tego porannego „piekła” nie jest najgorzej. Jakby siły wróciły to byłoby całkiem całkiem. Kaszlu nie ma, bóli jakichś większych też, więc tylko te siły. Ale zaraz jeszcze protein, które ze szpitala otrzymałem wprowadzę i będę dalej ładował akumulatory. I przeprosić zarazem muszę, że znowu krótko, ale przerasta mnie dziś nawet siedzenie przy biurku. "Łócho" ciągnie baaardzo.....

19:40, bohdankaras
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 kwietnia 2014

Cały dzień na odreagowywaniu poszpitalnym zszedł. TV, książka, drzemka i ... bezruch. Żona żartowała nawet, że jak o 16 mnie zostawiła w domu a 20 wróciła, to w tej samej pozycji i z tą samą miną. I dobrze. Rano czeka mnie wstanie do ZUS, bo już na 7.40 mam się stawić. Oczywiście problem nie jest w samym wstaniu, ale pozostaje pytanie, czy dam radę i w jakiej formie wstanę, a tu z instytucją państwową przelewek nie ma...

Poza tym kilkoma zakręceniami w głowie to nawet niezły dzień był pod względem zdrowotnym. Także z jedzeniem nie najgorzej. Na obiad żona zrobiła te szwedzkie klopsiki a'la Ikea, na kolację trochę boczku i jajo w majonezie z pomidorem a śniadanie mannowo-nabiałowe było.

Cóż więcej dziś napisać? Ano nic, bo to już przecież sprawozdanie z całego dnia. W takim stanie da się żyć, choć te okresy zmienności z siłami nieco męczą, bo nie wiadomo czego się spodziewać. Nie są to jednak znowu stany, aby panikować.

Teraz, jak zawsze w niedzielę, "Must Be The Music" oglądam. Muzyka to ciągle moja wielka słabość a ten program bardzo po prostu lubię. Teraz jeszcze trochę drugiej wojny w literaturze będzie i luli. Jutro postaram się napisać więcej przemyśleń... :)

21:06, bohdankaras
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 kwietnia 2014

Ufff, piszę z domu!Nie od razu rzecz jasna, bo szwagier przywiózł nas koło 18.00. Tyle, że wychodziłem z Centrum Onkologii w niezłej formie, ale dziś, mimo niezłej pogody, podróż wyjątkowo mnie zmęczyła. Co ciekawe jednak było to takie zmęczenie ogólne, może dlatego, że mimo lżejszej porcji chemii, którą dziś przyjąłem, to niemal cały dzień spędziłem w łóżku, ale koledzy z sali również, więc coś na rzeczy było.

W domu po powrocie też wskoczyłem do łóżka i rzuciłem się w wir transmisji sportowych (piłka nożna, boks - turniej Stamma, piłka ręczna, hokej). Apetytu nie miałem, więc teraz wstałem na ... obiad i przy okazji pisze notkę przy cieście i herbatce. Pogadałem też z córcią, bo mieliśmy zaległości, a dziecko ciągle kipi pomysłami i różnymi życiowymi dylematami. Ale rad od  wapniaków często słucha, więc nie są to rozmowy o niczym.

Czuję się przyzwoicie, ale nie zapominam, że po chemii  3-4 dzień jest dla mnie najgorszy. Nie pierwszy nigdy.

Ze zdrowotnych spraw to wróciła "moc" w stawach, ale ogólna słabizna po kolejnym szpitalu być musiała. Nie mam też takiego drobnego pokasływania, a jeśli już to bardzo rzadko.

Jak wspominałem, w poniedziałek stawiam się w ZUS, by dowiedzieć się co dalej. Do pracy aż się palę, jednak na dziś to mogę papiery na biurku przekładać jedynie i to też nie za długo.

W szpitalu pobyt zleciał dość szybko. Fajne towarzystwo na sali, sala dobra, bo w końcu korytarza a więc spokojna, ale jednak onkologia to nieustający młyn. I ważne - mimo trzech przekłuć na wenflon, to jednak żyły wytrzymały a i widać je było lepiej.

Rodzinnie podjęliśmy też trudną decyzję, że jeśli przejdę na rentę to weźmiemy psa. Żona będzie pracować, Ola będzie w szkole, a ja do ścian nie będę mówił :). Dlaczego to trudna decyzja? Bo strata ostatniego (kleszcz) była dla nas bardzo bolesna.

I to tyle na dziś. Do szpitala z badaniami stawiam się 7 maja. Kolejna chemia będzie. A co dalej? Nauczyliśmy się z całą rodzinką żyć dniem dzisiejszym, w optymizmie przy Waszym wielkim wsparciu. To nie żaden kit - te pokłady energii jak na razie pomogły mi w wydatnym stopniu uratować życie. Nie wiecie nawet jakie to ważne, bo będąc w polityce człek ma wrażenie, że liczba osób niechętnych jest znacznie wyższa niż u obywatela, który politykę ma gdzieś, a jednak w moim przypadku nie zagrały roli poglądy czy opcje i to jest piękne. Nawet na pogrzebie Mamy, mimo mej nieobecności z powodu zabiegu w szpitalu, pojawili się koledzy z różnych partii i o różnych poglądach. A już podejście Koleżanek i Kolegów z Rady Miasta, choć jak wiecie moja opinia o radomskiej radzie nigdy nie była zła w mojej kwestii dodatkowo mnie umotywowała. I co jeszcze ważne? Że większość tych wszystkich zachowań, także Was, czytelników, nie pojawiła się z litości. Bardzo osobiste to wyznanie, dla części może infantylne nieco, ale naprawdę w stanie permanentnego zagrożenie życia to kwestie ogromnej wagi... Pozdrawiam i zdrówka dla wszystkich!

21:34, bohdankaras
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 kwietnia 2014

Dziś notka w wymiarze mikro. Po prostu cały dzień byłą małżonka, net się rwie a weny zero. Chemię znoszę nieźle, ciśnienie 130/83. Płynu w płucach wciąż nie ma a to dobrze. Pani Doktor naszykowała wypis na jutro i mam nadzieję, że nic się nie zmieni w stanie zdrowia, czego jednak w tej chorobie pewnym akurat być nie można, co widzę po innych pacjentach IX pietra Centrum Onkologii. Trzymajcie się, mam nadzieję, że jutrzejsza notka jednak już  z domu!

19:23, bohdankaras
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 kwietnia 2014

Jestem, jestem. Wczoraj nie pisałem, raz, że zmęczenie podróżą, dwa te wszystkie badania, przyjęcie na oddział, stres, oczekiwanie i na koniec zmiana wenflonu na dłoń prawą, co ciągle utrudnia mi pisanie. Ale najważniejsze, że – przynajmniej na razie – operacji nie będzie. Płynu w płucach nie przybyło, więc zanosi się na tradycyjną, czterodniową chemię i jeśli się nic nie zdarzy, to w sobotę do domu a powrót do Centrum Onkologii po długim weekendzie.

Czuję się bardzo przyzwoicie, siły jest więcej, zobaczymy, jak zareaguję na chemię, bo po każdej zdrowie jest inne. W poniedziałek już staję w ZUS na komisję w sprawie renty. Zobaczymy jak będzie, okres zasiłkowy kończy mi się w niedzielę 13 marca. Nie wiem czy jeszcze po roku może on być przedłużony, wiem jednak, że do żadnej pracy to ja się nie nadaję w tej chwili. Ale poczekajmy.

Dziś schodziłem też na czwarte piętro i zdjęto mi szwy po ostatnim zabiegu. Psychicznie po śmierci Mamy też dochodzę do siebie. Słowem jest lepiej i tego się trzymajmy. Jak zdrowie i okoliczności pozwolą (net mi się rwie na  domiar złego) to może wieczorkiem jeszcze coś skrobnę.

11:18, bohdankaras
Link Komentarze (1) »
wtorek, 08 kwietnia 2014

Jutro skoro świt kurs na Centrum Onkologii. Biorę ze sobą laptop, więc krótkie info z pobytu będzie. Oczywiście jeśli będę mógł "nadawać". Dziś forma bez zmian, dość przyzwoita, ale wszystko zweryfikują jutrzejsze badania. Z jedzeniem, choć beż śliny to wciąż dobrze. Dzień przebiegł bardzo spokojnie, nie zabrakło też spaceru, fizycznie nawet nie najgorzej, choć samopoczucie psuje chyba trochę zmiana ciśnienia za oknem. I pozwólcie, że na tym zakończę, bo pozostały ostatnie godziny przed wyprawą. Niby to tylko stolica, ale do szpitala i na dodatek z licznymi bambetlami jedzie się inaczej niż do pracy lub na wycieczkę...

20:59, bohdankaras
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 256